Rafał Kochan – trener, przedsiębiorca i wykładowca MBA. Od ponad 20 lat pomaga firmom budować strategie, zespoły i odporność w działaniu. Prowadzi warsztaty z przywództwa, motywacji i zarządzania zmianą. Prywatnie sportowiec amator, który w listopadzie przygotowywał się do grudniowego startu w ekstremalnym wyścigu Patagonman 2025 w Chile. Z czytelnikami „Business HUB” dzieli się tym, w jaki sposób łączy pasje do sportu, edukację i rozwój osobisty.
Czy formuła imprezy Patagonman jest podobna do popularnego w Polsce Runmageddonu?
Zdecydowanie nie. Runmageddon to świetne, widowiskowe zawody z przeszkodami, ale Patagonman to zupełnie inny wymiar wysiłku i logistyki. To ekstremalny triathlon w dzikiej Patagonii: start w lodowatej wodzie Fjordu Aysén, 180 kilometrów roweru po surowych, wietrznych drogach i maraton kończony w górach. Nie ma tu przeszkód w sensie konstrukcji – przeszkodą jest sama natura. To wyścig, który bardziej przypomina wyprawę niż zawody. Każdy metr zdobywasz samodzielnie, każdy błąd kosztuje realnie. Patagonman nie testuje siły rąk czy skoczności – on testuje odporność, determinację i zdolność zachowania spokoju tam, gdzie warunki nie wybaczają.
To ekstremalne doświadczenie – fizyczne i psychiczne. Do czego jest potrzebne trenerowi i konsultantowi z ponad dwudziestoletnim stażem?
Bo rozwój zaczyna się tam, gdzie kończy się komfort. W pracy trenerskiej i doradczej mówię przedsiębiorcom, że zmiana wymaga konsekwencji, odwagi i działania. Patagonman jest dla mnie praktyką tego, co deklaruję zawodowo. To nie jest hobby – to laboratorium odporności psychicznej. Tu uczę się pokory, elastyczności, zarządzania ryzykiem i pracy z własnymi emocjami. Wszystko to później przekładam na pracę z liderami i firmami. W ekstremalnych warunkach wychodzi prawda: co działa, co nie, gdzie oszukujemy samych siebie, a gdzie możemy więcej, niż sądziliśmy.
Na stronie Pana firmy widnieje cytat: „Sama wiedza nie wystarczy, trzeba ją jeszcze stosować… Chęci nie wystarczą, trzeba działać”. Bruce Lee to nietypowy mentor biznesowo-coachingowy?
Może nietypowy, ale za to absolutnie trafny. Bruce Lee mówił prosto o tym, co dziś nazywamy „execution” – zdolnością przekładania wiedzy na działanie. W biznesie mamy często wszystko: strategie, prezentacje, narzędzia. A brakuje właśnie tego, co Lee nazywał „działaniem”.

Fot. Maciej Czarczyński.
Dlaczego jego słowa są dla mnie ważne? Bo przypominają, że na koniec liczą się nie deklaracje, tylko ruch. Nie teoria o zmianie, ale sama zmiana. I to dokładnie widać w Patagonmanie: nie dopłyniesz, nie dojedziesz i nie dobiegniesz na gadce – tylko na działaniu.
Czy sport i biznes mają przełożenie?
Tu i tu potrzebna jest strategia i wsparcie zespołu? To ogromne przełożenie.
Sport uczy tego, czego biznes często nie potrafi przepracować na salach szkoleniowych:
- strategii, która jest prosta, konkretna i dopasowana do warunków,
- konsekwencji, której nie da się ominąć,
- pracy w zespole, nawet jeśli biegniesz sam – bo bez wsparcia ludzi, którzy Cię prowadzą, doradzają i motywują, meta byłaby nieosiągalna,
- regeneracji, o której przedsiębiorcy często zapominają,
- podejmowania decyzji pod presją, kiedy nie ma czasu na kalkulacje.
Patagonman wymaga planu, ale też gotowości na to, że plan się rozsypie. I to jest żywy obraz prowadzenia firmy.
A sukces to wygrana, czy samo dotarcie do mety?
W ekstremalnych triathlonach sukces ma zupełnie inną definicję. Tu nie chodzi o podium. Chodzi o to, czy zrobiłeś wszystko, co było możliwe.
Czasem sukcesem jest mocny wynik. Czasem – to, że w ogóle stanąłeś na starcie. A czasem – że mimo kryzysów, zimna, bólu i zwątpienia idziesz dalej.
Meta jest ważna, ale nie definiuje człowieka. Definiuje go droga, proces, codzienna praca, setki godzin treningów i to, jak wracasz po porażkach.
Jest Pan gotowy? Co powiedziałby Pan przedsiębiorcom, którzy są na starcie działalności albo w kryzysowym momencie?
Gotowy jestem na to, co przyjdzie. W Patagonmanie nigdy nie jesteś gotowy w stu procentach – i właśnie dlatego trzeba ruszyć.
A przedsiębiorcom powiedziałbym trzy rzeczy:
Po pierwsze: Odwaga nie przychodzi przed działaniem. Ona pojawia się dopiero w trakcie. Więc nie czekajcie, aż będzie idealnie.
Po drugie: Każdy kryzys jest jak zimna woda w fjordzie. Szok mija. Potem zaczyna się praca. Najpierw oddychasz, potem płyniesz. W firmie jest identycznie.
Po trzecie: Róbcie małe kroki, ale codziennie. Wygrywa nie ten, kto rusza najszybciej, ale ten, kto się nie zatrzymuje. I jeszcze jedno: Nie musicie być niezniszczalni. Musicie być wytrwali.
Rozmawiała Jaga Kolawa

Fot. Maciej Czarczyński.
SPORT I ZARZĄDZANIE, KIEDY RODZI SIĘ STRATEGIA I SUKCES
Ten tekst powstał tuż przed startem Rafała Kochana w ekstremalnym triathlonie Patagonman 2025. W sporcie, podobnie jak w biznesie, są momenty, w których zimno odbiera oddech, a plan wydaje się kruchy wobec rzeczywistości. Wtedy liczy się jedno — wsparcie. Rafał Kochan, trener, przedsiębiorca i ekspert rozwoju firm, łączy w tej osobistej opowieści dwa światy: sport i zarządzanie. Pokazuje, że sukces nie rodzi się z odwagi w starcie, lecz z umiejętności dotarcia do mety — razem z ludźmi, którzy są obok od pierwszego do ostatniego kilometra.
Support to nie luksus.
To warunek przetrwania. W Patagonii świt ma zapach soli, mokrej skały i zimnego powietrza znad gór. Tak wyobrażam sobie pierwszy obraz, który zobaczę 7 grudnia. Kolory nieba będą się zmieniać jak w przyspieszonym filmie – od granatu przez purpurę aż po stalowy błękit. Góry pozostaną nieruchome, a fiord przed nami będzie wyglądał spokojnie tylko z pozoru, bo jego woda będzie miała cztery stopnie i wgryzie się w ciało jak tysiące drobnych igieł. Stojąc tam na linii startu, wiem, że poczuję ten sam skurcz w żołądku i znajomy dreszcz w kręgosłupie, który towarzyszy mi przed każdym wielkim wyzwaniem. Ale zanim padnie sygnał, będę szukał jej — mojej najbliższej, mojej Supportwoman.
Będzie tam. W puchowej kurtce, czapce naciągniętej na uszy, z tym samym spokojnym uśmiechem, który widziałem już dziesiątki razy. Uśmiechem, który mówi: „Jesteś gotowy” — i to niezależnie od tego, czy mam zaraz przepłynąć lodowaty fiord, poprowadzić warsztat dla zespołu menedżerów, czy usiąść z przedsiębiorcą, który po raz pierwszy od dawna przyznaje, że nie wie, co dalej. Bo to właśnie wtedy, w momentach największej niepewności, rodzi się prawdziwa strategia – i w sporcie, i w biznesie.
Wracam myślami do roku 2019. Pierwsze zajęcia na MBA z modułu „Opracowanie biznesplanu”. Grupa studentów – doświadczeni ludzie, z dorobkiem, ale z tą lekką niepewnością w oczach, którą widzę też u zawodników przed startem. Sala pachniała świeżo mieloną kawą, w tle cicho pracował projektor. Zaczęliśmy od pytania: „Czy biznesplan to narzędzie, czy formalność?”. Ktoś z pierwszego rzędu powiedział: „To raczej papier dla banków, prawda?”. Uśmiechnąłem się wtedy: „To tak, jakby powiedzieć, że mapa trasy triathlonu jest po to, by wyglądała ładnie na plakacie. Bez strategii nie ukończysz biegu. Bez dobrego biznesplanu – nie ukończysz pierwszego roku w firmie. I w sporcie, i w biznesie potrzebujesz supportu. Kogoś, kto podtrzyma cię w chwili kryzysu”.
Wiem, że 7 grudnia pierwsze zanurzenie w wodzie będzie brutalne. Oddech przyspieszy, serce zacznie walić jak młot, a ciało krzyknie: „Wynurz się!”. Ale wtedy przypomnę sobie, jak często w pracy z przedsiębiorcami widziałem ten sam moment: pierwsze kroki we wdrażaniu zmian, pierwsze decyzje o zatrudnieniu nowej osoby, pierwsze otwarcie się na ryzyko. Zawsze pojawia się zimno. Zawsze jest opór. I zawsze ciało, czy raczej organizacja, krzyczy: „Wynurz się!”. A jednak trzeba zostać chwilę dłużej. Trzymać się planu. Pozwolić, by szok minął, a rytm wrócił.
Wtedy w głowie pojawia się klarowność. Tak jak w wodzie po kilkudziesięciu sekundach wszystko się uspokaja, oddech się normuje, a świat przybiera właściwe proporcje. W biznesie jest identycznie — kiedy lider wytrzyma pierwszy dyskomfort, nagle zaczyna widzieć, gdzie naprawdę jest meta.
Na MBA często rysowałem na tablicy dwie kolumny: START SPORTOWY i START BIZNESOWY. Wpisywałem te same punkty: harmonogram, budżet, analiza ryzyka, przygotowanie mentalne, rola zespołu. Mówiłem: „Możesz być świetnym zawodnikiem albo mieć genialny pomysł na firmę, ale jeśli nie masz ludzi, którzy pójdą z tobą, w kluczowym momencie zostaniesz sam. A samotność na trasie i w firmie kosztuje najwięcej”. Bo support to nie dekoracja. To nie bonus. To fundament.
Wiem, że po wyjściu z wody w Patagonii przejmą mnie koła roweru, a wiatr uderzy z boku – ostry, zimny, z zapachem mokrej ziemi i igliwia. I wiem, że gdzieś za mną będzie znajomy dźwięk silnika – support jedzie blisko. To poczucie bezpieczeństwa w sporcie jest dokładnie tym samym, co w biznesie: dział operacyjny, partner, pracownik, który „wyczuwa” moment, kiedy trzeba wkroczyć i pomóc.
Pamiętam jednego z uczestników moich warsztatów z zarządzania firmą. Prowadził małą manufakturę. Opowiadał, jak główny klient wycofał się z zamówienia tydzień przed realizacją. „Myślałem, że to koniec” – mówił. „Ale zespół sam znalazł nowego odbiorcę. Wróciłem do biura, a oni mieli gotową umowę”. To jest właśnie to — zaufanie, które działa w obie strony. Jeśli chcesz, by zespół reagował w kryzysie, musisz wcześniej pozwolić mu decydować, popełniać błędy, mieć wpływ.
Kiedy w Patagonii będę biegł maraton, droga będzie pachnieć kurzem, trawą i wiatrem znad gór. Każdy krok będzie cięższy od poprzedniego, ale gdzieś przy trasie zobaczę ją z bidonem w ręku i tym samym wyrazem twarzy: „Jesteś bliżej, niż myślisz”. Wezmę łyk i poczuję, jak wraca mi energia. W biznesie to ten sam moment – gdy ktoś z zespołu przynosi rozwiązanie, które ratuje projekt, gdy pojawia się impuls, który przywraca sens i wiarę.
Meta jeszcze przede mną. Wyobrażam sobie dzwonki kibiców, zapach gorącej herbaty z punktu żywieniowego, ciężar nóg i ulotną ulgę. Wiem jedno – bez niej tej mety by nie było. Tak samo jak w firmie żadna strategia nie zadziała, jeśli nie masz ludzi, którzy stoją obok ciebie od startu do końca.
W listopadzie, patrzę na uczestników moich szkoleń i widzę w ich oczach ten sam miks strachu i ekscytacji, który sam poczuję w Patagonii. Mówię im: „Zrób pierwszy krok. Reszta przyjdzie w drodze. Ale pamiętajcie – samemu się nie da. W sporcie i w biznesie sukces to praca zespołu. Znajdźcie swój support i dbajcie o niego tak samo, jak on dba o was”.
Wizja końca daje sens każdemu startowi. Bo niezależnie od tego, czy biegniesz maraton, budujesz firmę, czy kierujesz ludźmi – na końcu i tak wszystko sprowadza się do jednego pytania: kto stoi obok ciebie, kiedy naprawdę zaczyna się zimno.

Fot. Maciej Czarczyński.
Post scriptum
Zawody szły dokładnie tak, jak opisywałem. A nawet lepiej. Byłem w swoim rytmie. Spokojny, skupiony. W głowie cisza, w sercu ogień. Wszystko, co przetrenowane, zaczęło działać jak zegarek. I przez długi czas miałem wrażenie, że tym razem naprawdę „dowiozę” tę historię do końca. Międzyczasy najlepsze w życiu.
A potem — na 112. kilometrze odcinka rowerowego — jedna dziura. Jeden głuchy trzask. I nagle coś, co miało mnie nieść dalej, rozsypało się na kawałki. Napęd się rozpadł. Start się skończył. DNF.

I wiesz co boli najbardziej? Nie to, że nie ma mety. Boli to, że przez chwilę czujesz, jakby ktoś wyłączył światło dokładnie w momencie, kiedy wreszcie widzisz, że możesz, że dasz radę, że to zrobisz.
Ale jest też druga prawda. Ta ważniejsza. Ja tam nie byłem sam.
W każdym kilometrze było moja Support oraz ludzie, którzy wierzą, kiedy ja już milknę. Wiadomości, które docierają w najgorszym momencie. Kibicowanie (szok), które robi z człowieka skałę. Rodzina, ekipa, przyjaciele, partnerzy biznesowi, obserwatorzy — każdy, kto dołożył choćby jedno „dasz radę”.
To oni byli moim napędem, kiedy treningi chciały mnie złamać.
Dziś nie mam medalu. Dziś mam coś trudniejszego: wdzięczność i decyzję, że wrócę.

Bo w ekstremie czasem pęka metal. Czasem pęka plan. Ale jeśli masz ludzi wokół siebie — nie pękasz Ty!!!
Rafał Kochan
Wywiad i artykuł ukazały się w grudniowym numerze „Business HUB”: CZYTAJ TUTAJ.